poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Rascafria czyli wypad pod stolicę...

Zdaje się, iż nasz pobyt w stolicy dobiega końca. Przenosiny niedługo, więc postanowiliśmy powycieczkować w okolicach jak za naszych tu początków.

Okolice Madrytu bowiem sporo oferują. Tym razem próbuję zdjęciami nieco oddać :P
Taka nasza pierwszowiosenna, spontaniczna wycieczka. Jeszcze tak zielono jak w M. tam nie jest, za to śnieg i żar, i strumyk, i góry (bo M. pomiędzy górami położony i dość wysoko) i miły odskok od miejskiego gwaru...słowem fajnie było.

Nie byliśmy oczywiście jedyni. Hiszpańska bowiem nacja lubi piknikować i podróżować po swojej krainie, więc i tam natykaliśmy się na gromady wsuwające pyszności przygotowane specjalnie na tę okazję, grające w piłę i leniące się na trawie.

My z wyprawy przywieźliśmy łyk świeżego powietrza i czerwone karczycha :)









środa, 3 kwietnia 2013

W marcu jak w garncu? - bez komentarza!

Polskie powiedzenia, ale w Hiszpanii też ma zastosowanie : /




 Póki co w kwietniu opadów śniegu się nie spodziewam, ale z trwogą patrzę za okno, gdzie chmur bez liku...a proszę mi wierzyć, zachmurzone niebo w Madrycie nie należy do częstych zjawisk.

czwartek, 28 lutego 2013

definicja turystyki wg Hiszpana



"Turystyka – zjawisko przestrzennej ruchliwości ludzi, które związane jest z dobrowolną zmianą miejsca pobytu, środowiska i rytmu życia. Obejmuje całokształt stosunków i zjawisk związanych z ruchem turystycznym. Słowo turystyka pochodzi od francuskiego pojęcia tour, które oznacza wycieczkę, podróż kończącą się powrotem do miejsca skąd nastąpił wyjazd." (źródło wikipedia).


A jak do tego się ma Hiszpan? Ano niby tak samo. Jedzie i wraca. Ale jak i dokąd oraz w jakim celu?Przemieszczanie się? - tak następuje i to się zgadza.
Dobrowolne? - tak jest, jak najbardziej. 
Pytanie jednak brzmi czy wiąże się z tym taka znowu zmiana środowiska lub rytmu życia?... hmmm wątpliwe.

Co bowiem lubi przeciętny i nieprzeciętny Hiszpan? - dobrze zjeść!!. 
Gdzie lubi jeździć przeciętny Hiszpan? - do Hiszpanii. 
Jakiej muzyki słucha przeciętny Hiszpan w podróży i wszędzie indziej? - głównie hiszpańskiej. 
Jakimi kryteriami kieruje się w/w przy wyborze celu podróży? - JEDZENIEM. 
A jakie jedzenie uważa za najlepsze na świecie? - oczywiście jedzenie hiszpańskie. 
To w sposób oczywisty determinuje wybór celu podróży.

Śmiem twierdzić jednak, iż wybór miejsc podyktowana jest nie tylko jedzeniem, lecz także językiem. 
No bo przecież ile języków zna przeciętny Hiszpan? - jeden albo dwa. 
Jakie? - kastylijski (powszechnie przez resztę świata znany jako hiszpański) i jest to język najczęściej jedynie znany! Jeśli zaś podróżujący pochodzi z któregoś z regionów Hiszpanii, które mają swój własny język (Kraj Basków, Galicja, Katalonia i mniej oficjalny dialekt w Walencii), włada jeszcze i nim. 
Umiejętność komunikowania się językiem angielskim lub jakimkolwiek innym to przerażająca nisza!!! W związku z czym jest to kolejny czynnik "dobrowolnego" wyboru ;)

Podsumowując więc przeciętny Hiszpan na wakacje jeździ a i owszem, ale głównie do Hiszpanii i żeby zjeść. A więc, jeśli pyta Hiszpan Hiszpana gdzie by tu jechać albo czy warto jechać do miejsc x,y lub z, uzyska odpowiedź reklamującą dane miejsce pod względem najważniejszego kryterium - jedzenia!!

A tak bardziej poważnie...pozazdrościć Hiszpanom można na pewno znawstwa swego kraju oraz umiłowania jego samego i jego produktów (bardzo dobrych zresztą). Ciekawa jestem czy my Polacy potrafilibyśmy wykazać się taką wiedzą na temat naszych pięknych zakątków. Bowiem trza spojrzeć prawdzie w oczy...co poleca Polak Polakowi na wakacje ? - ZAGRANICĘ!!! Czemu?...- to temat na osobny wpis.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Na sportowo!

Już od dawna nosiłam się z zamiarem opisania "sportowej" strony tutejszych.
Ciężko stwierdzić czy to Hiszpanie wszyscy tak mają, czy może tylko ci ze stolicy, a może to typowe dla dużych miast w ogóle...(z wielu filmów rozgrywających się w dużych miastach, kojarzę biegaczy na pęczki ;))
No ale genezą biegania, biegaczy zajmować się tu nie mam zamiaru. Stwierdzam jeno fakt, iż w Madrycie sportów uprawia się duuuużo. W szczególności właśnie joggingu. Zapaleńców tej dyscypliny jest całe mnóstwo. Najbardziej ulubionym miejscem do uprawiania wszystkich sportów ( i nie tylko sportów) są płuca Madrytu czyli ukochany przeze mnie park Retiro. Jest na tyle duży i tak pomyślany, że każdy znajdzie tam dla siebie miejsce. Nie wspomnę o zwyczajnych spacerowiczach, parach zakochanych, rodzicach z dziećmi, itd. itp.
Tu sport uprawia się w każdym wieku, w każdej porze roku i o każdej porze dnia. Wspomnianych biegaczy jest najwięcej. I już nie dziwi mnie aż tak, kiedy widzę zadyszanych szaleńców biegających latem w porze na lancz (wtedy temperatury dochodzą do 45 stopni) ani kiedy zimą starsi panowie biegają w samych spodenkach mijając opatulanych po same uszy spacerowiczów (zimy są tu bezśnieżne i raczej na plusie, ale bywają nieprzyjemne). Oprócz joggingowców, bardzo popularne są tu też rolki/wrotki i deskorolki. Nie jest ich tak dużo, ale też spotkać można miłośników rowerów. Do najbardziej niszowych zaliczyłabym tych, co na łonie natury praktykują jogę, tai chi, pilates, box. Jest tu też kilka placów do ćwiczeń dla starszych osób. Pisałam tu już o tym przy okazji nadmorskich miejscowości, gdzie na deptakach nad brzegiem morza znaleźć można właśnie place "zabaw" dla dorosłych, starszych i dla dzieci.

Poza Retiro także mocno rzuca się w oczy ilość ośrodków, w których można sporty uprawiać. Do najliczniejszych są zajęcia z jogi i pilatesu oraz klasyczne siłownie. Wiele z nich jest prywatnych, ale także każda dzielnica ma swój miejski ośrodek sportu, gdzie wszystkie zajęcia są w bardzo atrakcyjnych cenach (w porównaniu do tych prywatnych). I tam także (i w jednych i w drugich) można spotkać osoby w każdym wieku i o każdej porze :)

Podsumowując... czy to kwestia dużego miasta czy nie, Hiszpanii czy nie (w Polsce nie rzuciło mi się aż taka ilość ludzi uprawiających sporty), tutejsi uwielbiają sport (szczególnie bieganie) prawie tak samo jak jedzenie i picie!!!


niedziela, 27 stycznia 2013

Zawód Portier!

Tytułowy el portero po hiszpańsku to dla mnie absolutny fenomen tego kraju. Nie ma to żadnego związku z naszym polskim "cieciem", acz niejakie podobieństwa można zauważyć :)... sprowadza się ono głównie do palenie fajek.

A do rzeczy...Owy portier (czasem portierka) to niezwykle ważna persona budynku. Po pierwsze bardzo często ma tzw. służbowe mieszkanie w klatce, w której pracuje (standardy są różne), po drugie ma bardzo konkretne i ważne stanowisko pracy (biurko tuż przy wejściu, zaszklona "kanciapę" lub specjalną wnękę) z widokiem na drzwi wejściowe oczywiście. I uwierzcie mi jest mega ważny i często bardzo szanowany.

Co robi? Zacznę od rzeczy najnieprzyjemniejszych i nie zawsze wpisanych w jego/jej obowiązki, tj. wynoszenie śmieci spod drzwi każdego lokatora, wystawianie kubłów zbiorczych z klatki na noc na zewnątrz, utrzymywanie klatki schodowej w czystości. Piszę, iż nie zawsze jest to w standardowych wymogach jego pracy, bo czasami zajmują się tym inne wynajęte do tego firmy zewnętrzne..ale już coraz rzadziej! W końcu kryzys :)
Do innych obowiązków...już bardziej ujednoliconych należą: segregowanie poczty, odbieranie przesyłek/paczek jak lokatorów nie ma w domu (a portier zawsze to wie! i dzięki temu oszczędza mieszkańcom fatygowania się na pocztę :)), informowanie o wszelkich remontach, awariach itp., udzielanie informacji o mieszkaniach/garażach do wynajęcia, pilnowanie kto i po co wchodzi do budynku i zabawianie krótką pogawędką chętnych do tego mieszkańców :)

Dzień takiego Pana/Pani zwykle zaczyna się od wprowadzenia kubła z dworu do środka, potem sprzątanie klatki i/lub obowiązkowe pucowanie pozłacanych zdobień na drzwiach frontowych :) Widziałam to już nie raz i jest to mega widok, bo prawie zawsze o jednej porze robią te swoje obrządki wszyscy sąsiadujących ze sobą klatek. Przy pucowaniu zwykle jest i fajeczka, ploteczki z portierem z klatki obok... a potem totalny luz blues. Jak jest ciepło, a jest bardzo często :) stoją na zewnątrz bacznie obserwując drzwi wejściowe (są zawsze otwarte jak portier jest w pracy - czasami do 14, a czasami cały dzień, czyli do 19), plotkują  witają się z dostawcami sklepów, restauracji w okolicy, zagajają lokatorów i wystawiają opalone twarze do słońca itp, itd. Jak najbardziej są widoczni, bo pracują w specjalnych pracowniczych uniformach i wszyscy wiedzą, że oni wiedzą wszystko, więc szacuneczek się należy.

Oczywiście nie każdy budynek w Hiszpanii posiada luksus w postaci portiera, ale wszyscy by chcieli.

Dla mnie była to totalna nowość i widzę jakie to naprawdę ma zalety. Jest w tym coś z chęci zachowania klasowego podziału społeczeństwa, który Hiszpanie lubią (i oczywiście portier mimo swej ważności jest niżej od mieszkańców), ale i tak jest to świetny "wynalazek" :)

Niedawno widziałam dość świeży thriller hiszpański, w którym właśnie portier jest głównym bohaterem :)) I gorąco polecam, bo może łatwiej potencjalnym czytelnikom będzie zrozumieć o czym piszę :) Hiszpański tytuł to "Mientras duermes" a polski "Słodkich snów" (2011). Niby thriller, ale nie taki straszny jakby kategoria na to wskazywała, więc polecam :)

sobota, 19 stycznia 2013

Salamanca

Taki kiedyś zamysł miałam, żeby opisać tutejsze dzielnice. Naturalnie te, które znam, które poznałam. Mieszkając w tym mieście już troszkę, zmieniałam dość licznie mieszkania. 
Było więc i Lavapies (do którego mam największy sentyment i najkrótszy staż), było Pacifico, była La Latina (w samym historycznym centrum, do której teraz mega tęsknię) i jest Salamanca.

O la Latinie było, więc dziś o znanej od ponad pół roku Salamance...Jakby ktoś poprosił mnie o podsumowaniu owej dzielnicy w jednym zdaniu,  to mogłabym :) A więc (i tu zawsze przypomina mi się moja polonistka z SP "...nigdy nie zaczynaj zdania od a więc...") Salamanca to dzielnica luksusowych butików i topowych projektantów, to dzielnica parków, zagłębie rodzin z małymi dziećmi, hiszpańskich na wskroś Hiszpanów i sklepów ekologicznych z produktami głównie marek niemieckich. Brzmi ble.

Co nas skłoniło do przycumowania tu? Parki, spokój i cisza oraz zagłębie dzieci. I tu oczekiwania zostały spełnione, porównując do tętniącej, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, wrzeszczącej, rozimprezowanej i rozśpiewanej wieczorami la latiny...ech narzekało się, a teraz się tęskni :)

No ale coś za coś. Jednak bilans tego miejsca wychodzi na minus. Po pierwsze mega drogo (gdyby nie ratujące normalność markety typu Eroski, Dia, Simply....byłoby kiepsko. Normalnych nawet "Chińczyków" tu nie ma. A o tych mógłby powstać osobny wpis :) ale będzie mała dygresja ;) 

"Chińczyk" więc, jak ich potocznie tu nazywamy, to mały sklepik (tzw. Alimentacion) prowadzony przez ludność z Chin, który zawsze jest otwarty. Docenia się go wielce, bo kiedy wszystko inne już zamknięte można w nim nabyć materiały najpotrzebniejszego użytku...a więc w zależności od priorytetów: bagietkę o miękkości kamienia i piwo o temperaturze właściwej czyli z lodówki. Należałoby uściślić, iż jest to zaleta niebywała (o piwie teraz piszę) , bo nie wiedzieć czemu we wszystkich prawie innych sklepach napoje chłodzące! (typu Fanta, Cola itp.) oraz piwo są ciepłe!!! :/ Może i nie dziwi to w miesiącach chłodnych, ale latem ??? Dlatego tym bardziej docenia się owe sklepiki. 
A wracając do "Chińczyków" z Salamanki...są, ale jakieś takie niewyraźne. Nie ma dreszczyka emocji podawania piwa spod lady (często alkohol sprzedają tam nielegalnie) i jakieś takie ładniejsze jakby, no i cenowo oczywiście drożsi niż gdzie indziej. 

A co do innych wad Salamanki... tu płaci się za możność bycia pośród napuszonych hiszpańskich pawi, którzy lubią okazywać swą wyższość (oczywiście brzydko generalizuję, bo normalni też tu mieskszkają...chyba ;)) Tu jada elita, ubiera się arystokracja. To tu spotkać można wiele pięknych kobiet i szykownych mężczyzn, ale i karykatury ludzi po operacjach plastycznych (mam wrażenie że wszystie są robione przez jednego, kiepskiego chirurga) i młodocianych yappie, którzy przypominają starych maleńkich. Tu króluje Bugaboo Camelon (dla niewtajemniczonych model wózka dziecięcego-do którego nic nie mam :)), ale w wydaniu totalnie zindywidualizowanym (np. różowe falbanki, białe koronki, itp.). To tu jest najwięcej butików z odzieżą i akcesoriami dla dzieci oraz ubrań dla mam... skądinąd pięknych, ale ceny!!, że mózg staje w poprzek :) 

Podsumowując, Salamanca źle mi się kojarzy i nie lubię tu mieszkać.
Owszem, żeby być sprawiedliwym  (a raczej sprawiedliwą) zalety też ma, np. spokój i cisza, mało turystów, zieleń - 3 parki, szerokie chodniki, ... ale jakoś tak tu za bardzo "ą, ę" jak dla mnie. 
W związku z powyższym miejsca tu nie zagrzejemy (pisząc kolokwialnie) i pewnie wkrótce kolejna dzielnica :) albo i zmiana miasta...zobaczymy :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Jak się lubi dostawać prezenty, to zapraszam do Hiszpanii :)

Po pierwsze dla ewentualnych czytelników duże przepraszam. Totalnie długa przerwa. Po pierwsze pochłaniało mnie macierzyństwo :), po drugie szydełkowe hobby :) Składam tu mocne postanowienie poprawy.

No ale do rzeczy. Tak się składa, że mam imieniny w listopadzie, a urodziny w styczniu, a więc pasmo prezentów zawsze było przyjemnie długie, ale tu to jest istny raj :) Zaznaczam także, że raj dla Polaków obchodzących tradycyjnie nasze dni podarunkowe, a więc Mikołaja i Gwiazdkę. 

Skąd ten raj? Ano stąd, iż najpierw ja obchodzę Mikołaja "po naszemu", a więc podpoduszkowe szukanie małego conieco zawsze jest. Hiszpanie bowiem tego dnia nie traktują jak my. Za to jest to dzień wolny od pracy (dzięki czemu można w pełni cieszyć się prezentami), ponieważ świętują uchwalenie swojej konstytucji. Następnie obchodzę oczywiście Wigilię i kolejna ekscytacja prezentów podchoinkowych. Hiszpanie Wigilie prezentowo omijają, ale coraz częściej ofiarowują je sobie  w Boże Narodzenie czyli dzień później. Na tzw. "uparł się" można by znowu szaleć...ale bez przesady. Następnie jest 6 stycznia, który zawsze był i jest tu najważniejszym dniem obdarowywanie się podarkami. Do  tego podobnie jak i u nas jest to dzień wolny od pracy. Z całego okresu świątecznego dla dzieci jest to dzień najważniejszy, bo po pierwsze PREZENTY, a po drugie ostatni dzień wolny od szkoły (dodam, że wolne od szkoły rozpoczyna się w wigilię i trwa właśnie do święta Trzech Króli). No i na koniec pasma prezentów (w moim przypadku) są moje urodziny :)  No i jak tu nie lubić Hiszpanii? ;))


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...