piątek, 17 marca 2017

wschód Edenu...

La Palma to jedna z siedmiu wysp kanaryjskich. Przez Hiszpanów nazywana La Isla Bonita (w dosłownym tłumaczeniu to po prostu piękna wyspa).

Słynie z mnóstwa wędrownych szlaków, mrożącej krew w żyłach teorii  mega tsunami, lasów laurowych, z olbrzymiego krateru  w samym środku wyspy (Caldera de Taburiente), najwyższego szczytu Kanarów (Roque de los Muchachos) ze słynnym obserwatorium i największym na świecie optycznym teleskopem oraz wielu, wielu innych atrakcji.

Jest zupełnie inna niż Lanzarote, na której byliśmy rok wcześniej i dużo mniej znana w Polsce. Odpowiedzialni za to są przewoźnicy, którzy bądź nie oferują połaczeń lotniczych wcale lub małą ich ilość. Przyczyna wg miejscowych leży też w lepszym PR Teneryfy :)

Oto kilka fot z bardziej surowego i kapryśnego pogodowo wschodniego wybrzeża La Palmy.

Na początek resort turystyczny, w którym się zatrzymaliśmy. Z racji tzw. low season, poziom gęstości zaludnienia był dla mnie w sam raz. Średnia wieku to w większości osoby w wieku okołoemerytalnym, co zimą jest tu bardzo typowe.

Resort pięknie położony obok jednej z najatrakcyjniejszych plaż La Palmy - Playa de Los Cancajos. Niejakim minusem była bliskość lotniska, ale częstotliwość lotów nie przeszkadzała nam wcale, za to dojazd do hotelu zajął tylko 13 minut.  Pogodowo ta część wyspy była bardziej wiosenna niż letnia. Dlatego, jeśli komuś zależy na lecie, to zimą na pewno lepiej wybrać drugą stronę wyspy lub tak jak my, autem przeprawiać się na drugą stronę w miarę potrzeb i możliwości.


wtorek, 14 marca 2017

czarno-biała La Palma

Publikowanie zdjęć dwa miesiące po wyjeździe to trochę słabe, ale nie umiem inaczej.

Zdjęcia u mnie muszą dojrzeć, poleżakować jak wino,...dopiero wtedy mogę na nie spojrzeć i radykalnym palcem wiele z nich posyłać do wirtualnego kosza.

Dlatego to tyle trwa.

Dziś pierwszy wpis z La Palmy, na której zabawiliśmy tydzień w połowie stycznia. A ściślej, kilka ujęć ze stolicy (Santa Cruz de La Palma) tej słynnej z niezliczonej liczby tras wędrówkowych wyspy kanaryjskiej.

Zapraszam na (prawie) czarno-biały seans.


wtorek, 7 lutego 2017

Costa de la Luz...część ostatnia

Wybrzeże światła (tłumaczenie dosłowne) na sam koniec ukazało nam swoje piękne oblicze, choć i to chmurne było ciekawym doświadczeniem.

Kiedy słońce na stałe się u nas zadomowiło pewnym popołudniem udaliśmy się na Dunas de Bolonia (czyli ruchome wydmy, ruchome za sprawą wiatru Levante). Dostać się tam można tylko autem, przynajmniej poza sezonem.

Czy warto? Oceńcie sami!

z widokiem na Afrykę...

Pod koniec naszego listopadowego wyjazdu na Costa de la Luz, pogoda zaczęła nam sprzyjać, choroba lokomocyjna naszej Pociechy też, zatem udaliśmy się wreszcie do Taryfy.

Było słonecznie i wietrznie. Białe, stare miasto robi wrażenie, plaża też! Reszta...no cóż skojarzyła mi się z chińskim jarmarkiem. Może to trochę okrutne porównanie, ale mnóstwo krzyczących szyldów, ciuchów made in China i oczywiście masa akcesoriów do surfowania przytłoczyła moje poczucie estetyki ;)

Wędrowaliśmy zatem po starym mieście udając, jakby nowa część nie istniała.
Zaczęliśmy od Plazuela de Viento, z której widok na Afrykę był przedni, bo był :)


czwartek, 26 stycznia 2017

Vejer i Conil de la Frontera...

Tak jak ostatnio wspomniałam, pogoda na listopadowym wyjeździe nam nie dopisała i wyruszaliśmy z naszego docelowego Barbate jak często się dało i gdzie się dało, żeby nie popaść w totalny hotelowy marazm.

Upodobaliśmy sobie bardzo smaczną restaurację w pięknym miasteczku Zahara de los Atunes, ale samej miejscowości nie obfotografowałam z powodu dramatycznego deszczu. Zawsze!

Po raz kolejny odwiedziliśmy Vejer de la Frontera, punkt obowiązkowy w tamtym regionie! Wspinając się autem po krętej drodze wzgórza, na której leży, napotkaliśmy przeszkodę. Przeszkodę w postaci drzewa. Tylko połowa drogi była przejezdna. Za to na samym szczycie naszym oczom ukazał się obraz zniszczeń okolicy (zalania, podtopienia, obsuwy terenu...). Żeby na brak atrakcji nie narzekać, jak wyszliśmy z auta pospacerować, rozpętała się okropna burza (nie jedyna w tym dniu)! Uciekaliśmy z prędkością światła z parkingu do kawiarni. Grzmoty i błyskawice hulały jak szalone. Szyby w kawiarni dzwoniły, a właściciele uspokajali nas (byliśmy jedynymi klientami), że to przez piorunochron nieopodal, który ściąga pioruny właśnie tu...no cóż, niebo było cudne, ale nie odważyłam się wyjść z aparatem na zewnątrz. Potem już tak, jak deszcz się uspokoił.


wtorek, 24 stycznia 2017

Costa de la luz w listopadzie

Costa de la Luz, to moje ulubione wybrzeże południowej Hiszpanii (odwiedziliśmy je po raz trzeci).
Dosłownie oznacza wybrzeże światła, ale podczas naszego wyjazdu była to Costa de la Lluvia, czyli wybrzeże deszczu :)

Miejscowi łapali się za głowę, że to takie nietypowe i nigdy czegoś takiego nie widzieli. My też!!

Oto kilka mrożących krew w żyłach fot. Nikomu takiej pogody nie życzę! :)

czwartek, 17 listopada 2016

dwa miesiące temu, a jakby dwa lata świetlne...

Prawie dwa miesiące minęły od naszej małej eskapady na pobliskie wybrzeże, ...ale "prawie" naprawdę robi dużą różnicę.

Teraz odziewam się w zimową kurtkę, ocieram "cieknący" nos i pokasłuję licząc na tzw. szybki powrót do zdrowia.

Ogarniając te zdjęcie ogrzałam się nieco. Liczę, że i Was troszkę ogrzeję. Miłego seansu!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...